TRIGLAV - SEVERNA STENA PRZEZ GALERIę GANKU
- Cześć Jacek! Gotowyś?
- No... już spakowany jestem od dni paru!
- Dobra, to jutro o 12 odbieram Cię z pod „ Świątyni Konsumpcji” . Jakbym się troszku spóźniał to se do „ Loch Ness’ a” na browar podejdź, jak ostatnio.
- Oka, tylko się nie spóźnij jak ostatnio bo będę pijany jak ostatnio! A, Misza, słuchaj łomotamy na Galerię co? Mam topo i chętkę od dawna, jak Ci mówiłem i...
- A co chcesz tam łoić? A pogoda będzie? A laski, jak dojadą?
- Hm... Pogwarzem i się okaże, mam parę pomysłów, a pogoda jest zawsze, hłe, hłe! No a panie odbierzemy z granicy czy jakoś... Damy radę!
- A mam wypaśny przewodnik, co ci mówiłem po owych skałach na Słowacji...
- E tam... Skały... Nie lubię wapienia!
- A nasz cel, Trigi, to może z granitu? Kuźwa, jak chcesz, byle nie lało!
Następnego dnia , punktualnie 11.50, „ PKP INTER SZCZYTY” wypluwa mnie pod błękitnym niebem grodu Kraka. Upał że fix! Ale co tam za 10 min. wsiądę z piwkiem do klimatyzowanego „ scorpiac’ a” . Tymczasem maszeruję z worem przez pasaże „ Świątyni Konsumpcji – Galerii Kraków” ... Owszem, galeria osobliwości pełna! Młyn okrutny, dzikie tłumy!
W „ Loch’ u” ląduję uradowany brakiem klientów, chłodem irlandzkiego wnętrza i polskiego piwa. Na osi 12.30, psia krew! Czy Zwierzak zawsze musi się spóźniać? Jeszcze jednego browara proszę! – ryczę do kelnerki pląsającej w huku muzy z MTV.
Godzina 13.40, pod kopułką aż dymi od wymyślanych epitetów pod adresem Zwierza...
Część tego jazgotu wyemitowałem na falach radiowych gdy odebrał wreszcie telefon!
- E... Korki na mieście i rodzinkę wiozę, psa i rower. Do bacówki ich podrzucimy w Niedźwiedziu a stamtąd może ojca pobierzemy... Duży masz wór?
- Na brodę Mieszka! Trza było się ze mną w Zakopcu ustawić! Dwie godziny łoję tu browar i dewastuję słuch w tej norze!
Godz. 14.15 jużem w aucie zmiażdżony, zrezygnowany, cały w sierści z psem na kolanach. „ Całe życie na rondzie...” Późno już ale do przodu. Zresztą lubię nocą podchodzić.
Chaos Zakopanego tylko mijamy, mamy bowiem ful żarcia i potrzebnych gadgetów. Około godz.22.00 jesteśmy na taborze pod Wysoką . Noc piękna, rokuje ładny dzień. Uwalamy się na podestach, zajechani jak konie po western’ ie. W dupie mamy nawet potencjalne potyczki z misiem...

Rześki świt wdziera się optymizmem w nasze truchła i radośnie punkt 6.00 ruszamy pod ścianę. Szablę w dłoń! Planowo wbijamy się w „ Polską Ceste” , spotykając 2 znajome zespoły na okolicznych drogach. Raźnie, ciepło i sucho! Mimo pozytywów poputałem coś ze schematem i pognaliśmy „ Filarem Puszkasa” . W dobrym czasie kończymy drogę i w raz z towarzyszami z Krakowa (łomoczącymi tę że samą drogę) udajemy się w drogę zejściową.
Wśród burzowych przygód tuż po zmroku, już we dwóch, zameldowaliśmy się na taborze. Tata Michała przygotowany na nasz powrót, uraczył nas rozpaloną watrą, gorącym „ jumjumem” i herbatką.
Lało noc całą i choć zmuszeni byliśmy spać na ławach nieco przemoknięci (brak namiotu), byliśmy pełni satysfakcji z udanego wspinu. Poza tym jutro ruszamy na Triglav!!!
Po zawiezieniu taty Michała ponownie w Gorce i ogarnięciu naszych dziewczyn w New Targu, ruszamy w kierunku Villach w Austrii, gdzie mamy spędzić parę dni u kuzynów Zwierza. Stamtąd mamy udać się zrestowani w dolinę Vraty na Słowenii na północną Triglav’ a.
- Chłopaki ale obiecujecie że pomyślicie o nas i parę dni spędzimy nad morzem lub chociaż tych jeziorach licznych o których Misza gadał? My nie chcemy tam gdzieś gnić podczas gdy wy będziecie się tylko wspinać...
- No, pewnie! My też się chętnie poopalamy, nie Jacek?!
- Ta... Oczywiście, przecież taki jest plan.
Wśród takich rozmówek i podobnych, piętnastogodzinna podróż zleciała nam jak krótka drzemka. Ok. 7.00 rano podziwiamy panoramę Alp Julijskich ze szczytu Dobracza, na który to wtoczyliśmy się znakomitą szosą.
- O, a tam nasz Bóg Wojny, hę?
- Ale mały... No stąd tak daleko się wydaje...Myślałam że to ten z prawej.
Po plażowym acz przydługawym i chaotycznym jak dla mnie reście zaczęliśmy zbierać się ku Słowenii. Zależało mi by, choć to dziecięca fantazja, włomotać ścianę w moje okrągłe (ech...) urodziny. Mona też szeptała mi że to fajny „ prezent” będzie. Oto 24-go popołudniu ujrzeliśmy ścianę z pod schroniska Aljazeva. Dramat rozgrywał się w oprawie rozszalałych żywiołów, lało bowiem i grzmiało... Nadzieja na jutrzejszy gift ulatywała wraz ze skargą Zwierzaka :
- Przecież to kuźwa Alpy, a nie tatrzańska kraina deszczowców! Co jest?!
- E... przejdzie, toż to lipcowa burza tylko. Najwyżej pojutrze uderzymy.
- I ty to mówisz?! Jutro twoje urodziny a tu syf!
- Za rok też mam urodziny! Dziś zatem je zróbmy i popijmy na otarcie łez!
Jak zakląłem tak też było, tyle że wieczorem znowu się wylampiło. Humory wróciły w pełni, podrasowane łącką 70-cio „ oktanową” śliwowicą. Uzgodniliśmy jednak że i tak pojutrze naprzemy bo może być mokro i w ogóle trza się rozeznać troszkę, co i jak w tej dolinie.
Ranek przywitał nas wymarzoną aurą. Po szybkim śniadanku i kac-kawce udaliśmy się na spacerek pod ścianę w celu polukania przez lornetkę z bliska i wybrania drogi. Co chwila zatrzymywaliśmy się całą czwórką zachwyceni urodą doliny. Zgrzyt migawki nie ustawał jak świergot tutejszych ptaków. Bajadera! Oswoiwszy się także z ogromem naszego celu wybraliśmy drogę na początek, łatwą „ BAYERLANDER WEG” IV+, biegnącą pięknym filarem podpierającym wprost wierzchołek. Obie Moniki postanowiły zaś wejść szlakiem na pik i tam się z nami spotkać w okolicy godz. 18.00. Karty rozdane!

Pod ścianą jesteśmy o 8.00, zestrajamy radia, ogarniamy szpej. W ścianie nikogo, pod tylko my. -Tędy, wskazuję zadzierając głowę. Po kwadransie i urobionych nastu metrach tuż pod nami widzimy 2 osoby. Ku naszemu rozdrażnieniu idą za nami!!!
- Hello gays! Which route are you going? – zagaduję.
- Deutsche Weg route! And you?
- Bayerlander Weg! Your rout is not here, it is there! – wskazuję palcem na lewo od nas.
- Ok!
Ok? I co? Napierają jednak za nami! Czyżby „ niemiaszki” ? Psia Krew!
- Hey, J told you that’ s not this route!
- Jacek, mam auto! – ryczy w krótkofalówce.
- Michał te buce idą za nami, wybieraj...
- Powiedz im że to źle bo tu i krucho i nie wygodnie, poza tym mają hektary ściany...
- I z tych hektarów właśnie wybrali to co my, matoły!!! – drę się
Wkrótce panowie, jak się okazało, autochtoni byli już obok nas a właściwie na nas! Powiedzieli że zaraz odbiją na „ Niemiecką drogę” tylko chwilowo korzystają z naszej drogi.
I przelotów, kurwa.!!! Trukam Zwierzowi, że postoję i poczekam aż te barany przejdą „ po nas” bo nie chcę awarii jakiejś. Michał odpowiada, że zaraz któremuś zapali w jełopę... Potem słyszę jak rozmawia z prowadzącym. Chwil parę mija i jestem obok Miszy.
- I co im ty powiedziałeś? – pytam.
- Że to nie w porządku i że niebezpiecznie, a ten grzmot do mnie, że oni na wieczór muszą do pracy i dlatego nie czekali u podstawy...
- Grubo... Krucho tu i brzydko jak na razie... No i te trudności to że niby IV+?
- A dupa tam, może my źle grzejemy? Czort z tym! Wkurwili mnie te matoły! O i ciągle ich widać. Jeszcze zaraz nam na łby gruzu poleci...
- Teraz ma być lajtowo to jeszcze pójdź, a potem zmienimy się. Ty cztery wyciągi i ja kolejne cztery itd, ok?
„ Inter arma silent Musae” . Przejmuję prowadzenie z radością że tubylców już nie ma w zasięgu wzroku. Jeno słychać czasem brzęk ichniej „ biżuterii” . W ścianie mnóstwo dobrego haczywa. Stany pancerne. Wszystko przebiega zgodnie z planem. Ale te ich wyceny? Pan Paleniczek to pstry koziołek przy ichnich mistrzach... W sumie to cieszymy się, że jest syto a nawet ukuliśmy nowe dla nas terminy: „ syta dwójka” i „ mocna trójka” . Nie zgubiliśmy drogi ani na moment, lecz schemat jej skończył się w 2/3 ściany.
- Mam auto! Jak do mnie dojdziesz to cię zatka... – informuję Zwierza.
Po paru minutach:
- Oż w mordę! Przed nami jeszcze jakieś półtorej Galerii Gankowej, a jest 15.00!
- Znaczy że jeśli schemat się urywa w przewodniku i jest strzała, o jak tu, to znaczy że dalej łatwo, jakkolwiek do końca. Szkoda że nie napisali precyzyjniej. A może jest ale po niemiecku niewiele rozumiem. Zerknij ty, przecież cuś tam szprechasz!
- E... O dupę rozbić...
- Słuchaj Misza, jest ok., żyjemy, jest ewentualny plac na biwak...
- Ni chuja, dziewuchy poumierają na dole z troski. Nawet mimo SMS’ ów.
- Mówię: „ ewentualny” . Jest dobrze, mamy dnia moc jeszcze, paszę, picie i doskonałe nastroje! A w dodatku, co najważniejsze, lampa jak ta lala!
Podczas kwadransiku na picie i „ szluga” postanowiliśmy się rozwiązać i w łatwym (jak się zdawało) terenie pognać na lewo ku obniżeniu w grani. Na nasze oko za nami jakieś 900m ściany, przed nami 300? Widoki wspaniałe! Ale lufa! Sprawnie pokonujemy duże odległości. Kieruję się zauważanymi hakami. Niektóre miejsca powodują że „ getry nam falują” , jest syto i mało przyjemnie.
- O jeżu kolczasty, gdyby nas kobity widziały, to koniec! – pokrzykuję dla kurażu.
- Nie ma mientkiej gry. – Kwituje Zwierzu.
Nagle stajemy przed budzącą respekt ścianką i postanawiamy ponownie użyć lana. Biorę na siebie ten wyciąg. Chwilę później dyszę w wywieszającym się parchatym zacięciu. Klnę na wór i brak pomysłu. Są hacole ale dokładam „ fredzia rozmiar 2” bo tak jakoś pociemniało i wogóle... Jednak nie mogę wyjść z powodu gruzu na połogiej póle i postanawiam zaazerować. „ Czort z tym” , myślę. Późno już a nie wiadomo co dalej, w ogóle nie wiadomo co to za odcinek. Niebawem teren się poddał i wyszliśmy na ogromne tarasy podszczytowe, zwane „ Prag” . Było już po 21.00. Telefon do dziewczyn że żyjemy. One na dole przy aucie, zawróciły z okolic „ Prag’ a” . Późno się zebrały i psycha pękła. A i z autem jaja bo akumulator padł a jeszcze jakiś bauer ich goni że spać nie wolno w aucie i do schronu trza. „ Język złota to jedyne esperanto...”
- Powiedz mu Kochanie żeby zdupcał i że już do niego schodzimy! A jak chce karę wlepić to na mnie weź. Milion euronów! Kmiot jeden, motyla noga!
Wobec tego olaliśmy wyjście na pik i nawet postanowiliśmy schodzić na dół. Poczułem że misja nie jest kompletna ale cóż... Z drogi jestem zadowolony, w końcu ponad 1200m wspinu. Ściana brzydka, niby. Łazimy jeszcze dobrą godzinę sądząc, że zmierzamy prawilnie ku dolinie. Kopczyki ułatwiają orient. W efekcie błądzimy aż dopada nas znużenie. Postanowiliśmy zalec na trawiastej póle. NRC szeleści na wietrze niemiłosiernie. W końcu coś tam śpimy drżąc z lekka. O świcie znajdujemy drogę zejściową i za 3.5h jesteśmy przy naszym „ scorpio” .
- Oj, odpocznę se od gór kapkę, chatę wyremontuję, wypocznę pod gruszą z kobitą...- mówiąc to wiem, że tu wrócę, a w dodatku 10-tego umówiłem się z kumplem na Monte Oko...
- No, w skały jeno wyskoczymy jakby co. I od dziś do końca wyjazdu robimy co laski chcą! Nad morze pojadziem! Toż to nie daleko a i gaz we Włoszech mają bo to potęga „ LPG” jest, wiesz?
Ni morza nie zobaczyliśmy, ni piku nie zdobyliśmy, a gaz na Słowacji dopiero zatankowaliśmy... A ja już knułem jak tu na „ Eurocamp” , wszak obóz „ KW” trwa!

Wiecej zdjęć w galerii









